To była pierwsza świadoma styczność z zespołem Oasis. Zespół podobno był popularny aczkolwiek jakoś ominął mnie. Nawet było o nim głośno chyba rok temu czyli w 2025 roku. Album mnie nie porwał, jest przyjemny, lekki, słucha się go dobrze, muzycznie jak najbardziej poprawny, jednak nie porwał mnie niczym konretnym. Najlepszy utwór to Live Forever, ale to chyba dlatego, że kojarze go w coverze z odcinka Ricka i Mortiego o spaghetti z ludzi, zdrowo pojebany odcinek. Podsumowując taki popowy brytyjski rok nie jest moim ulubionym gatunkiem.
Jestem pewien, że najwięcej piosenek Red Hotów kojarzę właśnie z tego albumu. Album poprawny słucha się go dobrze, z pozoru lekki jednakże, gdy mam okazje wsłuchać się w tekst już taki nie jest. Koncerty po świecie, narkotyki kobiety, straty, a to wszystko pod maską przyjemnego dla ucha rokowego brzmienia. Nie wiedziałem, że znajdzie się też tutaj inspiracja Public Enemy czy nawet lekko rapowo/rymowy kawałek czyli Around The World. Bardzo podobały mi się też chórki do wokalu. Podsumowując solidne 4/5 dla tego albumu, na pewno wróce do niego nie raz.
W pierwszych minutach słuchania albumu myślałem że będzie typowo jazzowy, a jazz sam w sobie nie jest muzyką z której czerpie przyjemność. Jednak idąc dalej w pierwszym utworze okazuje się że nie jest to typowy jazz, na pewno wyróżnia się tutaj perkusja i bębny, które skojarzył bym z kontynentem afrykańskim i miałem rację. Afrobeat czyli gatunek do którego jest zaliczany ten album przypadł mi do gustu bo oprócz jazzu mozna było również usłyszeć inspiracje z funku czy soulu. Sam album jest nietypowy ma tylko 4 utwory a mimo to trwa 53 minuty, posiada długie instrumentalne wejścia, samego wokalu tutaj nie jest dużo, jednak niesie przesłanie, tego co dzialo się w kraju z którego Fela Kuti pochodzi czyli Nigerii. To zachęciło mnie do poznania tła powstania albumu, tła które okazało się bardzo mroczne, miało w sobie śmierć, represje, sam autor został dotkliwie pobity przez nigeryjska armię, stąd też pochodzi tytuł albumu i pierwszego utworu "Zombie", nawiązujący do sposobu zachowywania się armii w czasie nalotów na plemię Fela Kutiego. Dzięki temu album wywarł na mnie jako słuchaczu jeszcze większe emocje podczas słuchania.
Rockowy album późnych lat 70-tych zaczynający z grubej rury utworem Badlands, dobre gitarowe brzmienie okraszone w dodatku saksofonowym solo przed ostatnią zwrotką. Jednak mi najbardziej w pamięć zapadł utwór nr 2 "Adam Raised a Cain", biblijne nawiązanie w treści utworu plus historia o tym, jaki stosunek miał do swojego ojca sam Bruce Springsteen a także porównianie dziedziczenia traumy pokoleniowej jako grzechu, którym obarcza nas wiara Kościoła Katolckiego (każdy rodzący się jako grzeszny). Trzeci utwór Something in the Night po zagłębieniu się w szczegóły ukazuje problem, który autor miał tworząc ten album. Bruce chcąc uniezależnić się od swojego menagera Mike'a Appela wytoczył mu proces, który trwał prawie rok. Całe to wydarzenie uznaje się za punkt zwrotny w karierze Springsteena zmieniając charatker jego muzyki z młodzieńczych marzeń i ucieczki od problemów w bardziej dojrzałe i faktyczne mierzenie się z przeciwnoścaimi. Co doskonale słychać idąc dalej przez album na przykład w utworze "The Promised Land", do tego okraszone przejściamy z popisem solo na harmonicje przez Bruce'a. Cały album kończy utwór zatytułowany tak samo jako cały album Darkness on the Edge of Town, podsumowujący sytuację Springsteena, chociaż śpiewa tutaj, że utracił dobra materialne oraz swoją żonę, to jednak dla niego nie ma żadnego znaczenia, ponieważ osiągnął w życiu stan, w którym te rzeczy już nie dają mu satysfakcji. Podsumowując, pierwsze słuchanie albumu aż tak nie porwało, wtedy tylko mocno w pamięci utkwił mi kawałek Adam Raised a Cain. Jednak po zagłębieniu się w szczegóły powstawania tego projektu, problemy z jakimi mierzył sie Bruce Springsteen w swoim życiu oraz ewolucja jaką przeszedł jako artysta sprawia, że odbiór tego albumu przeze mnie jako słuchacza staje się mocniejszy.
Tutaj będzie krótko, nie znam mocno twórczości The Rolling Stones, po odpaleniu albumu zaczyna się świetnie utworem Gimme Shelter, jednak później mam wrażenie, że cały album odwraca sie o 180 stopni od tego tracka i leci w zupełnie innym kierunku. Robiłem dwa podejścia do tego albumu ale jakoś sam krążek nie chce mnie zachęcić, żeby odkrywać jego historię czy okoliczności powstania. Dam 3/5 za Gimme Shelter, może jeszcze kiedyś tu wrócę.
Prosto z Ameryki Łacińskiej, hiszpańsko języczny więc musiałem się posiłkować tłumaczem, żeby poznać konteskt danych utworów. Zaczyna się tak jakby miał być to album disco jednak po 40 sekundach słychać już całkiem odmienny gatunek. Plastico, bo tak nazywa się pierwszy utwór, najpierw zwodzi słuchacza fałszywym klimatem disco, następnie przechodzi w klasyczną Salse, niech nie zmyli was ta miła dla ucha melodia, ponieważ utwór sam w sobie miły nie jest. Pojawia się w nim krytyka, krytyka stylu życia sztucznego, jak sam tytułowy plastik. Wiadomość ta skierowana jest do ludzi którzy cenią modę, marki bogactwo itp. rzeczy bardziej niż rzeczy prawdziwę. Lecz na końcu niesie bardziej pozytywny przekaz zachęcając całą Ameryke Łacińska do zjednoczenia, bez względu na rase, nację czy klasę. Ten pozytywny przekaz odnosi się również do nazwy albumu, która tłumaczymy na słowo Siać/Sadzić, gdzie znaczenia interpretować można jako "Siej dziś dobre nasiona, przez szczerość, społeczeństwo i cieżką pracę, by jutro zebrać dobre zbiory." Później jest tylko lepiej, aczkolwiek lepiej w kontekscie samego przekazu albumu to może najlepszym słowem nie jest, bardziej w kontekscie odbioru albumu przez słuchacza. Utwór "Pedro Navaja" co prawda posiada syreny policyjne na początku lecz znowu dla osoby, która nie posługuje się językiem hiszpańskim brzmi miło i przyjemnie. Sam tekst jest opowieścią z Nowego Yorku, o pewnym zbiegu wydarzeń. Tytułowy Pedro Navaja, rzezimieszek ubrany w czarny płaszcz i schowaną twarz pod kapeluszem z nożem w kieszeni szuka łatwej ofiary na szybki zarobek. Jego drogę przecina pewna sexworkerka po ciężkiej nocy idąc zmęczona ulicami. Pedro zakrada się do kobiety od tyłu licząc na szybki zarobek nie wie, że w torebce kobiety znajduje się pistolet. Reakcja jest natychmiastowa, najpierw strzał nastepnie ugodzenie nożem. Oboje z bochaterów tej sceny umierają, scene zauważa bezdomny, który korzystając z okazji zabiera pistolet, nóż oraz torebkę z pieniędzmi spiewając "La vida te da sorpresas, sorpresas te da la vida... ¡Ay, Dios!", czyli w wolnym tłumaczeniu: "Życie bywa pełne niespodzianek". Ostatnim utworem, który zapadł mi w pamięć jest: "Maria Lionza", ponieważ pojawia się tam na początku motyw trąbki znany mi z bardzo popularnej w latach 10 XXI wieku posienki Major Lazera, a takie smaczki zawsze pobudzają jakieś głębokie zakamarki mojego umysłu co wpływa później pozytywnie na odbiór całego albumu. Oprócz tego fałszywego Disco wstępu, który trwa 40 sekund, cały album jest muzycznie spójny, lekko ponad 40 minut klasycznej Salsy. Moja osobista recenzja daje mu 4/5, może gdybym umiał posługiwać sie językiem hiszpańskim ocena była by wyższa. Album na pewno zagości u mnie na stałe.